25 października 2016

Rozdział 2

 Najbardziej nienawidzę kiedy mi nie mówisz prawdy 


                Minął miesiąc od ostatniego przypadkowego spotkania z Danielem, jednak dalej rozmyślam, czy było ono takie do końca przypadkowe? Oboje się tu wychowaliśmy. Nie wiedziałam, czy wrócił do Nowego Jorku po moim wyjeździe, czy nie i nie chciałam tego wiedzieć. Byłam za bardzo ogarnięta wizją mnie w Paryżu. Poznałam tam moją najlepszą przyjaciółkę Deborah, która pomogła mi dojść do siebie. Zaraz po niej pojawiły się kolejne osoby, które stały mi się bardzo bliskie. Miesiąc w Nowym Jorku minął mi bardzo szybko, ponieważ musiałam ogarnąć mieszkanie po rodzicach i niespodziewanie musiałam przeprowadzić remont kuchni. Jednak teraz wszystko wyglądało już lepiej. Charles stał się w kimś rodzaju dobrego kolegi, na którego mogłam liczyć. Nie umknęło to uwadze mojej przyjaciółki, której wspomniałam o moim sąsiedzie.
- Już mnie kimś zastąpiłaś? – zapytała.
Tak samo jak i ja, wiedziała, że jest niezastąpiona. Nie ważne, jaka odległość nas dzieliła byłyśmy, najlepszymi przyjaciółkami. Brakowało mi jej, ponieważ nawet rozmowy przez komunikatory nie mogły dać za wiele. Pewnego dnia zasugerowałam, że mogłaby mnie odwiedzić, jednak nie była za bardzo szczęśliwa z tego powodu. Dziwiło mnie to, bo kiedy wyjeżdżałam z Paryża zapewniła mnie, że odwiedzi mnie niedługo. Nie wiem czemu odmówiła, ale brzmiało to podejrzanie.
Następnym moim celem było znalezienie sobie jakiegoś zajęcia, które zajęłoby mi większą ilość czasu.
Byłam świadoma tego, że nie mogłam siedzieć cały dzień w domu. Po prostu zwariowałabym. Charles wyjechał tydzień temu z Nowego Jorku na wyjazd służbowy, więc zostałam zdana na samą siebie. Postanowiłam, że od dziś zacznę bardziej się starć o pracę. Kiedy się obudziłam zrobiłam sobie porządną kawę, ale zanim ją wypiłam zjadłam śniadanie. Myślami byłam zupełnie gdzie indziej, ponieważ sama nie wiedziałam, gdzie chciałabym pracować. Mam dwadzieścia pięć lat i czas wziąć się w garść! Pomaszerowałam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic, a potem umyłam zęby i przebrałam się w świeże ubrania. Wtedy dopadła mnie myśl, że mogłabym być przedszkolanką. Nie wiem dlaczego. Nie miałam młodszego rodzeństwa i nie miałam zbyt częstego kontaktu z dziećmi. Zaczęłam szukać dostępnych ofert pracy w przedszkolach. Zapisałam numery kilku interesujących ofert i zabrałam się za pisanie swojego CV. To, ku mojemu zaskoczeniu, okazało się najmniejszym problemem. Bardziej obawiałam się rozmowy. Co jeśli zapytają mnie o to, czemu akurat chcę być przedszkolanką? Nie miałam żadnego pomysłu, co mogłabym wtedy odpowiedzieć. Chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do Deborah, licząc w duchu, że ona coś mi podpowie.
- Halo? – Spytał męski głos.
O dziwo, kojarzyłam ten głos. Nie był mi w żaden sposób obcy. Na myśl przyszło mi tylko jedno imię, którego nie chciałam wypowiedzieć.
- Gdzie jest Deborah? – zapytałam.
Daniel nic nie odpowiedział, ale w słuchawce usłyszałam, jak coś powiedział do dziewczyny. W mojej głowie pojawiały się setki pytań. Czy ich coś łączyło? Skąd się znali? I czemu on odbiera jej telefon?
- Hope… - Deborah przejęła aparat.
Nic nie mówiłam, z niecierpliwością czekając na jej wyjaśnienia. Sama określała go gorzej niż ja, a teraz on jest z nią? Sama nie wiedziałam, o co tu mogło chodzić.
- Czemu ten palant odbiera twój telefon?! - Nie wytrzymałam i zapytałam podenerwowana.
- Boże… Znaczy się… - Wyraźnie było słychać, że nie wie co ma powiedzieć. – Hope. Jeśli pomyślałaś, że mnie coś z nim łączy, to jesteś w błędzie.
- A co miałam pomyśleć? – Oburzona weszłam jej w słowo. – Myślisz, że mogłam pomyśleć inaczej?
Może i nie powinnam tak na nią naskakiwać, ale była moją najlepszą przyjaciółką, która sama mówiła mi, że Collins nie jest wart nikogo i że sama by nawet na niego nie spojrzała. A tu taka niespodzianka. Deborah zaczęła się usprawiedliwiać, jednak nie za bardzo byłam przekonana jej usprawiedliwieniami.
- On jest moim szefem. – Powiedziała po chwili.
- Że co?!
Cieszyłam się bardzo, że nie miałam w ręce żadnego kubka z herbatą i że nic nie piłam. Z pewnością zaczęłabym się dusić. Pojawiła się w Nowym Jorku, chciała tu zamieszkać oraz znaleźć pracę. Miało to pozostać w tajemnicy przed mną, bo chciała zrobić mi niespodziankę, ale jednak jej się to nie udało.
- Ale czemu..? – Urwałam, nie wiedząc, jak skończyć to zdanie.
- Nie mogę rozmawiać. Wpadnę do ciebie wieczorem. –W pośpiechu się rozłączyła.
I tak znów pozostałam sama z swoimi myślami. Mieszkanie był posprzątane, a zakupy już dawno zrobione. Nie miałam, co robić, ale jednak wpadł mi pewien szalony plan. Wzięłam do ręki kartkę z zapisanymi numerami i zaczęłam dzwonić po kolei. Rozmowy przebiegały różnie. Cztery z siedmiu ofert okazały się nieaktualne. Jedna z rozmów przebiegła najlepiej i po wymienieniu paru zdań była umówiona na rozmowę kwalifikacyjną po południu. Miałam jeszcze godzinę nad tym, aby pomyśleć co będę mogła powiedzieć. Schowałam wydrukowane CV do czarnej teczki i położyłam ją na komodzie obok drzwi wejściowych tak, aby jej nie zapomnieć. Stwierdziłam, że niebieska sukienka w białe kropki nie będzie odpowiednia na tą rozmowę, więc udałam się do sypialni i otworzyłam szafę. Poszukiwania idealnego ubrania pochłonęły prawie cały mój wolny czas. Wyrób padł na czarne spodnie i białą luźną koszulkę na ramiączka oraz marynarkę. Przebrałam się szybko, w drodze do drzwi założyłam czarne szpilki na nogi. Biegłam wręcz do wyjścia. Spojrzałam na siebie w lustro i stwierdziłam, że nie ma czasu na zrobienie czegoś z włosami. Zostawiłam je opadające na moje ramiona. Wzięłam teczkę i opuściłam swoje mieszkanie, wychodząc z budynku zerknęłam na zegarek.
Do spotkania zostało mi niecałe dwadzieścia minut. Nie wiedziałam, jakim cudem dostanę się do wyznaczonego miejsca podczas godzin szczytu. Wychodząc na zewnątrz spotkałam Charlesa, ubranego w granatowy garnitur, który wysiadał z samochodu.
- Gdzie…? - Nie zdążył dokończyć, bo weszłam mu w zadnie.
- Jak się spóźnię to zabiję kogoś. – Zdenerwowanie doskonale widać było na mojej twarzy.
- Podwieźć cię gdzieś? – Zaproponował, próbując mnie uspokoić.
Pieszo bym nie zdążyła i samochodem pewnie też nie. Co mi szkodziło zaryzykować? Był moją ostatnią deską ratunku. Wsiadłam do jego auta i tuż po zapięciu pasów odjechaliśmy spod kamienicy. Podczas drogi zadzwoniłam do właścicielki przedszkola i uprzedziłam ją, że mogę się trochę spóźnić. Na szczęście trafiłam na cierpliwą kobietę. Najważniejsze było to, abym dojechała.
-Rozmowa kwalifikacyjna? - zapytał zdziwiony Charles. - W przedszkolu?
-Nie wiem, czemu mnie tam ciągnie, ale chyba spróbuję. – Lekko wzruszyłam ramionami.
Uśmiechnął się do mnie. Przejazd przez zatłoczone ulice Nowego Jorku zajął nam niecałe pół godziny. Przy odrobinie szczęścia Charlesa, bo ja najwidoczniej dziś go nie miałam. Kiedy chciałam wysiąść z samochodu, załapał mnie za rękę.
- Zaczekaj. – Złapał mnie za nadgarstek. - Zamknij oczy.
Niepewnie zamknęłam oczy, nie wiedząc, o co mu mogło chodzić. Poczułam na swoim nadgarstku coś chłodnego. Kiedy pozwolił mi otworzyć oczy, spojrzałam od razu na nadgarstek, na który była założona srebrna bransoletka z zawieszką w kształcie czarnego ptaka.
- Powodzenia. - Uśmiechnął się uroczo.
Uśmiechnęłam się do niego i wyszłam. Nie chciałam się spóźnić, ale i postanowiłam, że jeszcze zdążę mu podziękować za pomoc . Wysiadłam z samochodu i poszłam na rozmowę. Jak się okazało przedszkole było bardzo przytulne. Słychać w nim pełno dzieci które były pełne energii. W sali numer cztery czekała na mnie wysoka blondynka w wieku około czterdziestu trzech lat. Dzieci grzecznie siedziały przy stoliczkach rysując. Według właścicielki była to doskonała okazja na rozmowę. Byłam zestresowana, ponieważ pierwszy raz od trzech lat byłam na rozmowie kwalifikacyjnej, a nigdy nie starłam się o posadę przedszkolanki. Kobieta zadawała mi różne pytania, spoglądając co jakiś czas to na dzieci, to na podane przez mnie CV.
- Ma pani dzieci? – Spytała, zerkając na mnie zaciekawiona.
- Nie. – Od razu szczerze odpowiedziałam. – Uważam, że jestem jeszcze za młoda.
Raz jeszcze uśmiechnęła się do mnie, jednak nie powiedziała nic więcej. Przez kilka minut tylko czytała mój życiorys. Nie wiedziałam czy to dobrze, czy może jednak źle. Co prawda pracowałam już kiedyś, ale w korporacji, co nie ma nic wspólnego z dziećmi i tego najbardziej się obawiałam.
- Dzieci czasem są trudne do zrozumienia. Trzeba być ostrożnym. - Stwierdziła po chwili. - Jednak jesteś osobą młodą, co prawda bez doświadczenia, ale uważam, że jednak dam pani szansę się sprawdzić.
Wbrew moim obawom dostałam tę pracę. Spodziewałam się trudnych pytań, ale szczęśliwie z każdego wybrnęłam. Zostałam zatrudniona na razie na okres próbnym trwający równy miesiąc. Później, jeśli im się spodobam, będę mogła zostać na dłużej. Zadowolona opuściłam przedszkole i ruszyłam ulicą w stronę domu. Dzięki temu puściłam w niepamięć zdarzenie, które miało miejsce jeszcze kilka godzin temu. Mijałam różne sklepy, jednak jeden przykuł moją uwagę. Był to sklep z zabawkami. Nie zainteresowały mnie zabawki. Bardziej zastanawiało mnie to, co robił tam Charles.
Nie weszłam tam i nie zapytałam go o to, mógłby mnie uznać za nie normalną. Być może jego rodzeństwo miało jakieś dzieci? Nie chciałam w to wnikać, więc udałam się w stronę domu. Z niecierpliwością czekałam na wizytę Deborah, jednak czas strasznie mi się dłużył. Postanowiłam wziąć prysznic po tym dniu pełnym wrażeń. Zostawiłam za sobą wszystkie negatywne uczucia i zastąpiłam je tymi najmilszymi. Kilka minut później miałam chęć iść na dach kamienicy, jednak mój rozsądek podpowiadał mi, że nie powinnam. Miałam nie rozdrapywać starych ran… Zignorowałam ten głos i poszłam tam. Betonowa szara powierzchnia nadal była taka sama. Różniła się tylko tym, że teraz nie było na niej rysunków namalowanych przed laty kredą przez mnie i mojego przyjaciela. Niedaleko wejścia na dach była odnowiona ławeczka oraz stały gliniane donice z roślinnością. Najwidoczniej to miejsce nie było zapomniane. Zamknęłam oczy i pozwoliłam sobie zapomnieć, że jestem w Nowym Jorku. Odpłynęłam, a myślami byłam zupełnie gdzieś indziej. W miejscu, gdzie byłam wolna. Gdzie mogłam robić wszystko, czego tylko zapragnęłam. Byłam silna. Dookoła mnie były łąki, nie słyszałam już trąbiących aut. Był tylko szum wiatru i łagodny śpiew ptaków. Dałabym wszystko, żeby znaleźć się w tym miejscu naprawdę. Byłam tu sama, ale brakowało mi kogoś. Nie wiedziałam tylko, kogo. Chwilę relaksu przerwał mi płacz dziecka. Otworzyłam oczy i odwróciłam się. Moim oczom ukazała się postać Charlesa, trzymającego na rękach małą dziewczynkę mającą nie więcej, niż trzy lata.
Dziewczynka miała blond włosy i niebieskie zapłakane oczy. Mina mężczyzny wskazywała na to, że nie spodziewał się mnie tu w tej chwili. Postawił dziewczynkę, która pobiegła w stronę ławki.
- Hope… - Zaczął niepewnie.
Nie wiedziałam, o co tu chodzi, ani kim była płacząca dziewczynka. Mój spokój znikł, a w jego miejsce pojawiła się złość. Nie cierpiałam, kiedy ktoś mnie oszukiwał.
- Kim ona jest? - Zapytałam starając się brzmieć spokojnie.
- To moja córka. – Wyznał z bólem.
Tak jak myślałam: oszukał mnie. Po raz kolejny tego dnia zostałam okłamana. Był zbyt idealny, aby nie miał żadnej tajemnicy. Minęłam go i ruszyłam w stronę schodów prowadzących do środka budynku, kiedy na swojej dłoni poczułam dotyk maleńkiej.
Czułam jej ciepło, które przechodziło na mnie. Działało to na mnie uspokajająco, jednak nie na tyle, aby wybaczyć kłamstwo. Ukrywanie dziecka to nie było niewinne kłamstwo, tylko coś ciężkiego. Nie rozumiałam, czemu to ukrywał przed mną.
- Zostanes? - Zapytała dziewczynka, ocierając łzy rączką.
Nie umiałam jej odmówić. Miała w sobie coś, co nie pozwalało się sprzeciwić jej woli. Uśmiechnęła się do mnie pokazując rząd swoich białych zębów.
- Jasne, że tak. - Szepnęłam łagodnie.
Ona nie była niczemu winna. Za to jej ojciec tak. Spojrzałam na Charlesa stojącego niedaleko nas. Milczał, widocznie nie śpieszył się z żadnymi wyjaśnieniami. Dziewczynka pobiegła do ławki, gdzie zostawiła swoje zabawki i zajęła się pluszowym misiem.
- Powiesz w końcu prawdę? – Spytałam przysiadając na murku.
- Jestem okropnym ojcem. – Westchnął w odpowiedzi.
- Ocenię, jak mi opowiesz, o co w tym chodzi. – Założyłam ręce na piersi.
- Matka Blake zostawiła ją, kiedy tylko się urodziła. – Zaczął, pocierając kark dłonią. - Byłem wtedy młody, miałem tyle lat, co ty, a wiesz, że w tym wieku nie myśli się o wychowywaniu dziecka samemu. Skończyłem studia i chciałem się rozwijać. Moja matka zajmowała się nią dopóki jeszcze żyła. Zmarła dziesięć miesięcy temu.
- Ale jak to możliwe, że nie widziałam jej przez miesiąc ani razu? – Uniosłam w zdziwieniu brew.
- Powierzyłem ją w opiekę jej własnej matce. Mówiła, że się zmieniła. Kłamała. Nie miałem czasu, aby ją sprawdzać. Tydzień temu zadzwoniła do mnie kobieta z opieki społecznej i tak się tu znalazła.
Nastała długa chwila ciszy miedzy nami. Patrzyłam się na Blake, która bawiła się sama i nie zwracała na nas uwagi. Była niewinnym dzieckiem, które trafiło w nie odpowiednie ręce nieodpowiedzialnej matki i zajętego ojca.
- Jeśli mam być szczera, to jesteś beznadziejnym ojcem. - Powiedziałam szczerze po chwili. - Chociaż ja sama nie byłabym lepszą matką.

Na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech. Chcąc dać mu odrobinę otuchy przytuliłam go. Mogłam być zła na niego, ale to nic by nie pomogło. Mogłabym stracić kogoś, kto pomógłby mi w każdej chwili. A nie był to moment na tracenie kogoś bliskiego.

04 października 2016

Rozdział 1

Nie mów mi dokąd mam iść 


Mając nadzieję, że tego dnia mam już za sobą wszystkie przykre spotkania, udałam się taksówką do swojego nowego mieszkania. Nie było ono nowe, jak również nie było mi obce. Przecież już w nim kiedyś mieszkałam, razem z zmarłymi rodzicami. Od mojego ostatnioego pobytu w tym mieszkaniu, nic się tu nie zmieniło. Wchodząc do budynku, będąc coraz bliżej drzwi do domu, myślałam o tym, czy obok mnie dalej mieszkają Collins’owie. Wychodząc z lotniska powstrzymywałam się od tego, aby skierować swoje rozmyślania na ten temat. Daniel skutecznie to pokrzyżował. Brzmienie jego głosu przyprawiło mnie o ciarki. Tak dawno go nie słyszałam, ale wystarczyła chwila, aby się upewnić że to był on. Zaskoczeniem było dla mnie to, że na drzwiach naprzeciwko moich nie wisiała już tabliczka z napisem ,,Collins’’. Obecnie widniało na niej nazwisko Whittemore. Będąc tu ostatnio po pogrzebie rodziców widziałam jeszcze Sarę Collins, która wchodziła do środka z zakupami. Nie chcąc zbytnio się nad tym rozwodzić wyjęłam z torby pęk kluczy, włożyłam odpowiedni do zamka drzwi i przekręciłam go. Niemal w tym samym czasie otworzyły się drzwi tuż za mną.
- Nowa sąsiadka? - zapytał męski głos.
Nie odwracałam się przez jakiś czas, ponieważ sparaliżowana niepewnością nie wiedziałam, co powiedzieć. Sprawcą był brytyjski akcent należący do mężczyzny, który najprawdopodobniej był moim nowym sąsiadem.
- Wszystko porządku? - zapytał podchodząc do mnie.
Westchnęłam cicho i odwróciłam się do niego. Moim oczom ukazał się wysoki mężczyzna o kręconych blond włosach. Wyciągnął dłoń w moją stronę.
- Charles - przedstawił się.
Jego błękitne oczy błyszczały. Byłam zbyt oszołomiona, aby cokolwiek powiedzieć. To była kolejna tego dnia niezręczna sytuacja.
- Coś się stało? - zapytał.
- Chyba... Chyba tak... - szepnęłam niepewnie.
Puścił moją dłoń, a ja szybko wyjęłam klucze z zamka i uchyliłam drzwi do mieszkania. Pośpiesznie uciekłam do środka, wciągając za sobą bagaże. Oparłam się o drzwi, po chwili westchnęłam osuwając się po nich. Patrzyłam się na miejsce, w którym miałam zamieszkać. Mogłam jeszcze stąd uciec, zanim jeszcze nie było za późno, lub tutaj pozostać i zdać się na łaskę losu. Siedziałam w wejściu do mojego mieszkania i pogrążałam się w myślach. Gdybym uciekła, zawiodłabym siebie jak i Deborah, ponieważ pokazałabym że jestem słaba. Jedyną opcją jaka mi pozostała to zostać. Obiecałam sobie, że wezmę się w garść. Powoli wstałam i weszłam do salonu, z nadzieją na nowe lepsze życie. Duże okna wychodziły na ulicę Manhattanu. Podeszłam do jednego z nich, uśmiechając się do własnego odbicia. Tak oto rozpoczęłam swój nowy rozdział w Nowym Jorku. Poszłam do kuchni, która była połączona z salonem. Westchnęłam cicho, kiedy zrozumiałam że nie ma tu kawy, ponieważ jej nie kupiłam. Postanowiłam, że muszę udać się do pobliskiego sklepu. Zmusiłam się do opuszczenia mieszkania w celu zakupu kofeiny, która doda mi siły. Zamknęłam drzwi i ponownie natknęłam się na Charlesa, który stał tuż przed mną. Przy nim byłam skrzatem.
- Wybierasz się na miasto? - Zapytał, zerkając na mnie z uniesioną brwią.
- Tak - beznamiętnie odpowiedziałam.
Uśmiechnął się do mnie, a potem kulturalnie odsunął się, aby umożliwić mi przejście. Nie nacieszyłam się tym długo, bo gdy zaczęłam schodzić na dół zatrzymał mnie.
- Mogę cię oprowadzić! - Zawołał za mną zachęcająco.
      Nie mając nic przeciwko zgodziłam się. Naprawdę był fajny, no i nie denerwował mnie tak jak Daniel, kiedy spędzałam z nim czas, chociaż wiedziałam że robił to specjalnie. Charles okazał się być miłym facetem koło dwudziestu trzech lat. Spędzając z nim dzisiejszy dzień zapomniałam o spotkaniu na lotnisku. Odwiedziłam miejsca, w których nie byłam dawno, a które były moimi ulubionymi skrytkami w dzieciństwie. Szliśmy przez park prowadząc luźną rozmowę, jednak podczas niej nastąpiło spięcie.
- Według mnie nie powinnaś się denerwować - powiedział, odnosząc się do tego, co powiedziałam na temat mojej przeszłości.
W tej chwili zaczęłam żałować, że mu o tym powiedziałam. Rzadko przejmowałam się tym, co ktoś o mnie mówił czy myślał, jednak tym razem pomyślałam sobie, że mógł mnie uznać za wariatkę.
- Ja uważam, że nie wiesz co czuję - powiedziałam rozeźlona.
Nic więcej nie powiedziałam. Przyśpieszyłam kroku, chcąc jak najszybciej zostać sama. Nie zrozumiał mnie, ale tego też się spodziewałam. Być może nie przeżył czegoś podobnego? Tego nie mogę dokładnie stwierdzić. Prosto z parku wróciłam do domu i zaczęłam sprzątać. Było to najlepsze zajęcie, podczas którego nie zadręczałam się niepotrzebnie myślami. Nie myślałam ani o nim, ani o zdarzeniu w parku. Mieszkanie dopiero zaczęło przypominać normalne, kiedy zostało w miarę ogarnięte. Niestety zajęło mi to sporo czasu, więc po skończonym sprzątaniu zmęczona zasnęłam na kanapie znajdującej się w salonie, mimo że nie miałam siły by się tam udać. Nie pamiętałam nic z tego, co mi się śniło i może tak dla mnie lepiej? Po przebudzeniu od razu złapałam za telefon i spojrzałam na ekran blokady. Zegar wskazywał 11:50. Nie miałam ochoty na wstawanie jednak zmusiło mnie do tego pukanie do drzwi. Powoli poczłapałam otworzyć. Idąc do drzwi spojrzałam na swoje odbicie kątem oka. Potargane włosy świadczyły o tym, że nie spałam spokojnie. Nie zastanawiając się nad tym, co pomyśli sobie o mnie osoba stojąca za drzwiami po prostu je otworzyłam. Moim oczom ukazał się uśmiechnięty Charles. Ubrany w szarą koszulkę opinającą jego tors i narzucaną na nią czarną skórzaną kurtkę oraz spodnie tego samego koloru. W dłoni trzymał dwa kubki kawy.
- Cześć - odezwał się pierwszy.
- Hej - mruknęłam.
Przyjrzał się mi dokładniej, po czym zaśmiał się i powiedział jakąś uwagę odnośnie mojej fryzury, którą puściłam bokiem. Nie chcąc być zołzą wpuściłam go do połowy ogarniętego mieszkania.
- Może ci się polepszy po dawce kofeiny? - Stwierdził pytającym tonem, podając mi kubek z kawy.
Może źle go potraktowałam wczoraj? Może byłam po prostu przewrażliwiona w temacie Daniela? Czułam potrzebę przeproszenia Charles'a za to, że zostawiłam go wczoraj bez słowa. Siedząc w fotelach w salonie i pijąc kawę spoglądaliśmy na siebie co jakiś czas.
- Przepraszam za wczoraj... - zaczęłam niepewnie po chwili.
- Za co? Rozumiem, że musiałaś gdzieś iść... Albo źle się czułaś... - Wzruszył ramionami. - Sam często znikam bez słowa.
- Tak, źle się poczułam... - powtórzyłam po nim bez przekonania. - Jednak nie wypada, żeby gość był głodny.... A jeszcze nie zrobiłam zakupów... Więc co powiesz na to, żebyśmy poszli na jakieś śniadanie na miasto?
Na jego twarzy pojawił się uśmiech, który natychmiast odwzajemniłam. Nie wiem czemu, jego obecność powodowała, że chciałam się ciągle uśmiechać. Wzięłam szybki prysznic i przebrałam się w lekką, zieloną sukienkę. Razem z nowym sąsiadem wyszliśmy z kamienicy na ulice Manhattanu, w poszukiwaniu dobrej knajpki, która zaserwowała by nam smaczne śniadanie. Zajęło nam to niecałe pół godziny. Wybraliśmy niewielką knajpkę, w której panował przyjemny, lekki klimat. Jej wnętrze było proste. Ściany pomalowane na pastelowy odcień niebieskiego, małe okrągłe stoliki przyozdobione kwiatami i inne subtelne rzeczy nadawały temu miejscu ciekawego klimatu.

**************

Wysoki brunet szedł ulicą Manhattanu, rozmyślając nad ostatnimi wydarzeniami. Pogrążony w myślach wszedł do jednej z kawiarni i zamówił kawę. Od razu po odebraniu zamówienia wyszedł i ruszył prosto przed siebie bez celu. Miał wolne od pracy, a w jego przypadku było to najgorsze, co mogło go spotkać. Ostatni rok był pracowity, praca stała się dla niego czymś ważnym. Nie miał nawet czasu na spotkanie z rodziną. Jednak kiedy wczoraj powrócił z Nowego Orleanu zaczął myśleć o dziewczynie, która siedziała przy oknie, a która patrzyła właśnie na niego. Skupiła na nim swoją uwagę, ale on musiał ją zignorować. Opuścił ją po to, aby mógł zostać kimś i zapomnieć o tym co było w Nowym Jorku. Nie zmienia to faktu, że coś w nim pękło, co sprawiło, że zrozumiał iż kariera i tak go czekała, nawet jeśli by nie wyjechał. Kiedy zgłodniał poszedł do małej restauracji serwującej pyszne śniadania. Była jedną z jego ulubionych. Kiedy wszedł do środka jego nozdrza zaatakowała mieszanka różnych smakowitych dań. Usiadł przy jednym z stolików obok okna, czekając aż kelnerka poda mu kartę z dzisiejszą ofertą śniadań. Przejrzał swój telefon jednak nie zobaczył żadnej nowej wiadomości, gdy usłyszał piękny śmiech, który był mu znajomy. Rozejrzał się dookoła za dziewczyną która się śmiała. Kiedy zauważył piękną brunetkę siedzącą w rogu sali oniemiał. Miała na sobie jasno zieloną sukienkę, a jej kręcone włosy opadały na ramiona. Wtedy przypomniała mu się chwila, kiedy leżeli razem na trawie w Central Parku. Już wtedy miał ogromną słabość do niej. Była jego nadzieją, mimo że nie była tego świadoma. Otrząsnął się, kiedy dostrzegł że blondyn, z którym była Hope, odchodzi od stolika. Postanowił do niej się dosiąść i zamienić z nią chociaż słowo. Kiedy usiadł naprzeciw niej zauważył że przestała się śmiać i utkwiła w nim ostre spojrzenie.
- Wiem, że to nie zabrzmi normalnie... - zaczął. Nie otrzymał żadnej odpowiedzi, przez co uznał że może kontynuować. -Tęskniłem - dodał, obawiając się jej reakcji.
Hope wstała i odwróciła się od niego, a na widok jej spojrzenia Daniel poczuł, jakby ktoś wymierzył mu bolesny policzek. Poniekąd tak właśnie było. Wstał razem z nią i złapał ją za drobną, ciepłą dłoń. Oboje zamarli w bezruchu, jednak kiedy blondyn wrócił do stolika przy którym stali, brunetka wyrwała się Danielowi z uścisku i ruszyła w stronę męskiej toalety.
- Ale to nie tu.... - odezwał się Daniel, czując że może tylko to powiedzieć.
- Zamknij się - warknęła Hope.

03 września 2016

Prolog

        Był czerwiec. Właśnie rozpoczęły się wakacje, więc lotniska były coraz bardziej oblegane z powodu licznych wyjazdów. Ja również miałam wylecieć, do pozostawionego przed latami Nowego Jorku, do domu, który pozostał mi po rodzicach.
       Podczas dłużącej się drogi na lotnisko myślałam o tym, co zostawiłam tam kilka lat temu.
O domu, który miałam teraz zająć. Rodzice pozostawili go mi w spadku. Zmarli dwa lata temu. Do tej pory za nimi tęsknię, a ze jestem jedynaczką, tym ciężej zniosłam tę stratę. Jednak już pogodziłam się z tym, że nie ma już ich przy mnie. Byliśmy szczęśliwą i zgraną rodziną, która często wyprawiała obiady dla sąsiadów i przyjaciół. Zwłaszcza dla Collinsów, których syn szybko stał się moim najlepszym przyjacielem, który równie szybko znikł z mojego życia. Byłam wtedy bezradna, jak policja, która szukała go wtedy po całym hrabstwie. Wiedziałam, że go tam nie znajdę, ale coś mi mówiło, że możliwe, iż to okaże się kłamstwem.
       Ostatnie dni spędzone na wyjeździe były cudowne. Otoczona znajomymi, których poznałam podczas mojego kilkuletniego pobytu, nie musiałam myśleć o czymkolwiek ważnym. Wśród nich były też osoby, z którymi zżyłam się mocniej, niż przypuszczałam. To one były przy mnie, podczas ciężkich chwil po przylocie do Paryża.
       Nad lotniskiem chmurzyło się, co pasowało do mojego równie pochmurnego. Nie cieszyłam się na powrót, uznawałam to za zło konieczne. Manhattan już nie wywoływał u mnie takich pozytywnych myśli jak dawniej.
       Pasażerowie powoli zajmowali miejsca w samolocie, natomiast ja myślami byłam gdzieś indziej, pogrążona w przeszłości. Na dachu budynku, w którym mieszkałam. Niegdyś uważałam je za najpiękniejsze miejsce gdzie spędziłam większość czasu, miejsce, z którego czerpałam tyle szczęścia.
Od tego myślenia zaczęła boleć mnie głowa, a w uszach zaczęły dzwonić słowa Deborah:

       „Po co było znowu o tym myśleć?” – Zapytałaby dziewczyna, przybierając zatroskaną minę, na którą mimowolnie się uśmiechnęłam.
        Była moją najlepszą przyjaciółką, ale Daniela i tak nikt mi nie zastąpi. Obie byłyśmy tego świadome. Od kiedy nasze drogi się rozeszły, to ona wysłuchiwała mnie, kiedy potrzebowałam się komuś wygadać. Ból głowy się nasilił i zrobiło mi się zimno, pomimo tłoku, który panował w samolocie. Czyżby to był początek choroby?
       Usiadłam w jednym z foteli przy oknie. Przyglądałam się znudzona ludziom: samotne kobiety, pary, dzieci oraz biznesmeni. Nic ciekawego i nikogo, na czym dałoby się zawiesić oko. Kiedy samolot miał już startować, hostessa uprzedziła że za chwilę odlatujemy. Po paru sekundach jednak został nadany drugi komunikat: jeden z pasażerów trochę się spóźni. Nie minął kwadrans, jak spóźnialski wsiadł na pokład, a ja, podobnie jak kobieta, która siedziała w fotelu po lewej stronie, odwróciłam się z ciekawości.
        „Nie, to nie jest możliwe. Daj spokój, Hope!” – Pomyślałam, karcąc siebie bezgłośnie.
To był on, a przynajmniej tak mi się zdawało na pierwszy rzut oka. Wysoki brunet ubrany był w granatowy garnitur, który ewidentnie był wykonany przez nie byle jakiego krawca. Na pierwszy rzut oka bardzo mi go przypominał, ale nie chciałam nawet myśleć, że to mógł być on. Jeśli był, kim zdawał się być: jakim cudem pojawił się właśnie tutaj i właśnie teraz!? Przecież nie pozwoliliby mu na wejście na pokład! Jego ciemne oczy na chwilę skierowały się na mnie, a z jego twarzy znikł uśmiech, który szybko ustąpił przerażeniu. Zaraz po zajęciu miejsca, po przeciwnej stronie przy oknie, mężczyzna odwrócił głowę w drugą stronę. Postanowiłam pójść w ślady nieznajomego znajomego, więc wbiłam wzrok w widok rozpościerający się za oknem. Nawet, jeśli jest szansa, że to nie on, i tak nie miałam zamiaru z nim rozmawiać. Do tej pory ciężko mi było wybaczyć, że znikł bez choćby słowa pożegnania. Taki był właśnie Daniel. Pełen energii, uwielbiał gnać przed siebie i nigdy nie patrzył wstecz. To wiedział każdy! Już jako dziecko często uciekał z domu, a ja niemal za każdym razem mu w tym towarzyszyłam.
         Przez całą podróż do Nowego Jorku, nie spojrzałam się ani razu w stronę spóźnionego pasażera. Starałam się również o nim nie myśleć, zagłuszając chaos w głowie głośną muzyką. Lot upłynął spokojnie, i jak na pokonaną odległość dość szybko. Dopiero na lotnisku było gorzej. Spotkałam się z nim twarzą w twarz. Kiedy miałam już odebrać swój bagaż, po prostu stanął na drodze do taśmociągu. Chciał zajrzeć mi w oczy, ale ja spuściłam wzrok. Nie miałam mu nic do powiedzenia, ale nie mogąc się powstrzymać, warknęłam:
- Zejdź mi z drogi Collins.
        Próbowałam go wyminąć, ale ten uparcie stawał przede mną. Czułam sobie na jego wzrok. Gdyby ta sytuacja wydarzyła się jeszcze kilka lat temu, uznałabym ją za normalną. Teraz jednak nie marzyłam o niczym innym, jak o szybkim opuszczeniu tego miejsca.
        Czułam sobie na jego wzrok. Gdyby ta sytuacja wydarzyła się jeszcze kilka lat temu, uznałabym ją za normalną. Teraz jednak nie marzyłam o niczym innym, jak o szybkim opuszczeniu tego miejsca.
 - Nie ma mowy, Trancy. – Oznajmił, znów bezczelnie zachodząc mi drogę.
       Brzmienie jego głosu przyprawiło mnie o ciarki. Daniel ani drgnął, ale udało mi się znaleźć w sobie tyle siły, aby go odepchnąć od siebie. Minęłam go, odebrałam bagaż, a potem szybkim krokiem wyszłam z budynku. Nie odwróciłam się, żeby spojrzeć na jego reakcję. Po prostu opuściłam teren lotniska i wsiadłam do pierwszej wolnej taksówki, która zawiozła mnie do domu.


Nareszcie zaczęłam opowiadanie o innej tematyce niż TVD czy TO. Jednak mam sentyment do aktorów grających w tych serialach. Mam nadzieję że wam się spodoba i że zostaniecie z mną do końca.
KOMENTUJESZ=MOTYWUJESZ