25 października 2016

Rozdział 2

 Najbardziej nienawidzę kiedy mi nie mówisz prawdy 


                Minął miesiąc od ostatniego przypadkowego spotkania z Danielem, jednak dalej rozmyślam, czy było ono takie do końca przypadkowe? Oboje się tu wychowaliśmy. Nie wiedziałam, czy wrócił do Nowego Jorku po moim wyjeździe, czy nie i nie chciałam tego wiedzieć. Byłam za bardzo ogarnięta wizją mnie w Paryżu. Poznałam tam moją najlepszą przyjaciółkę Deborah, która pomogła mi dojść do siebie. Zaraz po niej pojawiły się kolejne osoby, które stały mi się bardzo bliskie. Miesiąc w Nowym Jorku minął mi bardzo szybko, ponieważ musiałam ogarnąć mieszkanie po rodzicach i niespodziewanie musiałam przeprowadzić remont kuchni. Jednak teraz wszystko wyglądało już lepiej. Charles stał się w kimś rodzaju dobrego kolegi, na którego mogłam liczyć. Nie umknęło to uwadze mojej przyjaciółki, której wspomniałam o moim sąsiedzie.
- Już mnie kimś zastąpiłaś? – zapytała.
Tak samo jak i ja, wiedziała, że jest niezastąpiona. Nie ważne, jaka odległość nas dzieliła byłyśmy, najlepszymi przyjaciółkami. Brakowało mi jej, ponieważ nawet rozmowy przez komunikatory nie mogły dać za wiele. Pewnego dnia zasugerowałam, że mogłaby mnie odwiedzić, jednak nie była za bardzo szczęśliwa z tego powodu. Dziwiło mnie to, bo kiedy wyjeżdżałam z Paryża zapewniła mnie, że odwiedzi mnie niedługo. Nie wiem czemu odmówiła, ale brzmiało to podejrzanie.
Następnym moim celem było znalezienie sobie jakiegoś zajęcia, które zajęłoby mi większą ilość czasu.
Byłam świadoma tego, że nie mogłam siedzieć cały dzień w domu. Po prostu zwariowałabym. Charles wyjechał tydzień temu z Nowego Jorku na wyjazd służbowy, więc zostałam zdana na samą siebie. Postanowiłam, że od dziś zacznę bardziej się starć o pracę. Kiedy się obudziłam zrobiłam sobie porządną kawę, ale zanim ją wypiłam zjadłam śniadanie. Myślami byłam zupełnie gdzie indziej, ponieważ sama nie wiedziałam, gdzie chciałabym pracować. Mam dwadzieścia pięć lat i czas wziąć się w garść! Pomaszerowałam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic, a potem umyłam zęby i przebrałam się w świeże ubrania. Wtedy dopadła mnie myśl, że mogłabym być przedszkolanką. Nie wiem dlaczego. Nie miałam młodszego rodzeństwa i nie miałam zbyt częstego kontaktu z dziećmi. Zaczęłam szukać dostępnych ofert pracy w przedszkolach. Zapisałam numery kilku interesujących ofert i zabrałam się za pisanie swojego CV. To, ku mojemu zaskoczeniu, okazało się najmniejszym problemem. Bardziej obawiałam się rozmowy. Co jeśli zapytają mnie o to, czemu akurat chcę być przedszkolanką? Nie miałam żadnego pomysłu, co mogłabym wtedy odpowiedzieć. Chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do Deborah, licząc w duchu, że ona coś mi podpowie.
- Halo? – Spytał męski głos.
O dziwo, kojarzyłam ten głos. Nie był mi w żaden sposób obcy. Na myśl przyszło mi tylko jedno imię, którego nie chciałam wypowiedzieć.
- Gdzie jest Deborah? – zapytałam.
Daniel nic nie odpowiedział, ale w słuchawce usłyszałam, jak coś powiedział do dziewczyny. W mojej głowie pojawiały się setki pytań. Czy ich coś łączyło? Skąd się znali? I czemu on odbiera jej telefon?
- Hope… - Deborah przejęła aparat.
Nic nie mówiłam, z niecierpliwością czekając na jej wyjaśnienia. Sama określała go gorzej niż ja, a teraz on jest z nią? Sama nie wiedziałam, o co tu mogło chodzić.
- Czemu ten palant odbiera twój telefon?! - Nie wytrzymałam i zapytałam podenerwowana.
- Boże… Znaczy się… - Wyraźnie było słychać, że nie wie co ma powiedzieć. – Hope. Jeśli pomyślałaś, że mnie coś z nim łączy, to jesteś w błędzie.
- A co miałam pomyśleć? – Oburzona weszłam jej w słowo. – Myślisz, że mogłam pomyśleć inaczej?
Może i nie powinnam tak na nią naskakiwać, ale była moją najlepszą przyjaciółką, która sama mówiła mi, że Collins nie jest wart nikogo i że sama by nawet na niego nie spojrzała. A tu taka niespodzianka. Deborah zaczęła się usprawiedliwiać, jednak nie za bardzo byłam przekonana jej usprawiedliwieniami.
- On jest moim szefem. – Powiedziała po chwili.
- Że co?!
Cieszyłam się bardzo, że nie miałam w ręce żadnego kubka z herbatą i że nic nie piłam. Z pewnością zaczęłabym się dusić. Pojawiła się w Nowym Jorku, chciała tu zamieszkać oraz znaleźć pracę. Miało to pozostać w tajemnicy przed mną, bo chciała zrobić mi niespodziankę, ale jednak jej się to nie udało.
- Ale czemu..? – Urwałam, nie wiedząc, jak skończyć to zdanie.
- Nie mogę rozmawiać. Wpadnę do ciebie wieczorem. –W pośpiechu się rozłączyła.
I tak znów pozostałam sama z swoimi myślami. Mieszkanie był posprzątane, a zakupy już dawno zrobione. Nie miałam, co robić, ale jednak wpadł mi pewien szalony plan. Wzięłam do ręki kartkę z zapisanymi numerami i zaczęłam dzwonić po kolei. Rozmowy przebiegały różnie. Cztery z siedmiu ofert okazały się nieaktualne. Jedna z rozmów przebiegła najlepiej i po wymienieniu paru zdań była umówiona na rozmowę kwalifikacyjną po południu. Miałam jeszcze godzinę nad tym, aby pomyśleć co będę mogła powiedzieć. Schowałam wydrukowane CV do czarnej teczki i położyłam ją na komodzie obok drzwi wejściowych tak, aby jej nie zapomnieć. Stwierdziłam, że niebieska sukienka w białe kropki nie będzie odpowiednia na tą rozmowę, więc udałam się do sypialni i otworzyłam szafę. Poszukiwania idealnego ubrania pochłonęły prawie cały mój wolny czas. Wyrób padł na czarne spodnie i białą luźną koszulkę na ramiączka oraz marynarkę. Przebrałam się szybko, w drodze do drzwi założyłam czarne szpilki na nogi. Biegłam wręcz do wyjścia. Spojrzałam na siebie w lustro i stwierdziłam, że nie ma czasu na zrobienie czegoś z włosami. Zostawiłam je opadające na moje ramiona. Wzięłam teczkę i opuściłam swoje mieszkanie, wychodząc z budynku zerknęłam na zegarek.
Do spotkania zostało mi niecałe dwadzieścia minut. Nie wiedziałam, jakim cudem dostanę się do wyznaczonego miejsca podczas godzin szczytu. Wychodząc na zewnątrz spotkałam Charlesa, ubranego w granatowy garnitur, który wysiadał z samochodu.
- Gdzie…? - Nie zdążył dokończyć, bo weszłam mu w zadnie.
- Jak się spóźnię to zabiję kogoś. – Zdenerwowanie doskonale widać było na mojej twarzy.
- Podwieźć cię gdzieś? – Zaproponował, próbując mnie uspokoić.
Pieszo bym nie zdążyła i samochodem pewnie też nie. Co mi szkodziło zaryzykować? Był moją ostatnią deską ratunku. Wsiadłam do jego auta i tuż po zapięciu pasów odjechaliśmy spod kamienicy. Podczas drogi zadzwoniłam do właścicielki przedszkola i uprzedziłam ją, że mogę się trochę spóźnić. Na szczęście trafiłam na cierpliwą kobietę. Najważniejsze było to, abym dojechała.
-Rozmowa kwalifikacyjna? - zapytał zdziwiony Charles. - W przedszkolu?
-Nie wiem, czemu mnie tam ciągnie, ale chyba spróbuję. – Lekko wzruszyłam ramionami.
Uśmiechnął się do mnie. Przejazd przez zatłoczone ulice Nowego Jorku zajął nam niecałe pół godziny. Przy odrobinie szczęścia Charlesa, bo ja najwidoczniej dziś go nie miałam. Kiedy chciałam wysiąść z samochodu, załapał mnie za rękę.
- Zaczekaj. – Złapał mnie za nadgarstek. - Zamknij oczy.
Niepewnie zamknęłam oczy, nie wiedząc, o co mu mogło chodzić. Poczułam na swoim nadgarstku coś chłodnego. Kiedy pozwolił mi otworzyć oczy, spojrzałam od razu na nadgarstek, na który była założona srebrna bransoletka z zawieszką w kształcie czarnego ptaka.
- Powodzenia. - Uśmiechnął się uroczo.
Uśmiechnęłam się do niego i wyszłam. Nie chciałam się spóźnić, ale i postanowiłam, że jeszcze zdążę mu podziękować za pomoc . Wysiadłam z samochodu i poszłam na rozmowę. Jak się okazało przedszkole było bardzo przytulne. Słychać w nim pełno dzieci które były pełne energii. W sali numer cztery czekała na mnie wysoka blondynka w wieku około czterdziestu trzech lat. Dzieci grzecznie siedziały przy stoliczkach rysując. Według właścicielki była to doskonała okazja na rozmowę. Byłam zestresowana, ponieważ pierwszy raz od trzech lat byłam na rozmowie kwalifikacyjnej, a nigdy nie starłam się o posadę przedszkolanki. Kobieta zadawała mi różne pytania, spoglądając co jakiś czas to na dzieci, to na podane przez mnie CV.
- Ma pani dzieci? – Spytała, zerkając na mnie zaciekawiona.
- Nie. – Od razu szczerze odpowiedziałam. – Uważam, że jestem jeszcze za młoda.
Raz jeszcze uśmiechnęła się do mnie, jednak nie powiedziała nic więcej. Przez kilka minut tylko czytała mój życiorys. Nie wiedziałam czy to dobrze, czy może jednak źle. Co prawda pracowałam już kiedyś, ale w korporacji, co nie ma nic wspólnego z dziećmi i tego najbardziej się obawiałam.
- Dzieci czasem są trudne do zrozumienia. Trzeba być ostrożnym. - Stwierdziła po chwili. - Jednak jesteś osobą młodą, co prawda bez doświadczenia, ale uważam, że jednak dam pani szansę się sprawdzić.
Wbrew moim obawom dostałam tę pracę. Spodziewałam się trudnych pytań, ale szczęśliwie z każdego wybrnęłam. Zostałam zatrudniona na razie na okres próbnym trwający równy miesiąc. Później, jeśli im się spodobam, będę mogła zostać na dłużej. Zadowolona opuściłam przedszkole i ruszyłam ulicą w stronę domu. Dzięki temu puściłam w niepamięć zdarzenie, które miało miejsce jeszcze kilka godzin temu. Mijałam różne sklepy, jednak jeden przykuł moją uwagę. Był to sklep z zabawkami. Nie zainteresowały mnie zabawki. Bardziej zastanawiało mnie to, co robił tam Charles.
Nie weszłam tam i nie zapytałam go o to, mógłby mnie uznać za nie normalną. Być może jego rodzeństwo miało jakieś dzieci? Nie chciałam w to wnikać, więc udałam się w stronę domu. Z niecierpliwością czekałam na wizytę Deborah, jednak czas strasznie mi się dłużył. Postanowiłam wziąć prysznic po tym dniu pełnym wrażeń. Zostawiłam za sobą wszystkie negatywne uczucia i zastąpiłam je tymi najmilszymi. Kilka minut później miałam chęć iść na dach kamienicy, jednak mój rozsądek podpowiadał mi, że nie powinnam. Miałam nie rozdrapywać starych ran… Zignorowałam ten głos i poszłam tam. Betonowa szara powierzchnia nadal była taka sama. Różniła się tylko tym, że teraz nie było na niej rysunków namalowanych przed laty kredą przez mnie i mojego przyjaciela. Niedaleko wejścia na dach była odnowiona ławeczka oraz stały gliniane donice z roślinnością. Najwidoczniej to miejsce nie było zapomniane. Zamknęłam oczy i pozwoliłam sobie zapomnieć, że jestem w Nowym Jorku. Odpłynęłam, a myślami byłam zupełnie gdzieś indziej. W miejscu, gdzie byłam wolna. Gdzie mogłam robić wszystko, czego tylko zapragnęłam. Byłam silna. Dookoła mnie były łąki, nie słyszałam już trąbiących aut. Był tylko szum wiatru i łagodny śpiew ptaków. Dałabym wszystko, żeby znaleźć się w tym miejscu naprawdę. Byłam tu sama, ale brakowało mi kogoś. Nie wiedziałam tylko, kogo. Chwilę relaksu przerwał mi płacz dziecka. Otworzyłam oczy i odwróciłam się. Moim oczom ukazała się postać Charlesa, trzymającego na rękach małą dziewczynkę mającą nie więcej, niż trzy lata.
Dziewczynka miała blond włosy i niebieskie zapłakane oczy. Mina mężczyzny wskazywała na to, że nie spodziewał się mnie tu w tej chwili. Postawił dziewczynkę, która pobiegła w stronę ławki.
- Hope… - Zaczął niepewnie.
Nie wiedziałam, o co tu chodzi, ani kim była płacząca dziewczynka. Mój spokój znikł, a w jego miejsce pojawiła się złość. Nie cierpiałam, kiedy ktoś mnie oszukiwał.
- Kim ona jest? - Zapytałam starając się brzmieć spokojnie.
- To moja córka. – Wyznał z bólem.
Tak jak myślałam: oszukał mnie. Po raz kolejny tego dnia zostałam okłamana. Był zbyt idealny, aby nie miał żadnej tajemnicy. Minęłam go i ruszyłam w stronę schodów prowadzących do środka budynku, kiedy na swojej dłoni poczułam dotyk maleńkiej.
Czułam jej ciepło, które przechodziło na mnie. Działało to na mnie uspokajająco, jednak nie na tyle, aby wybaczyć kłamstwo. Ukrywanie dziecka to nie było niewinne kłamstwo, tylko coś ciężkiego. Nie rozumiałam, czemu to ukrywał przed mną.
- Zostanes? - Zapytała dziewczynka, ocierając łzy rączką.
Nie umiałam jej odmówić. Miała w sobie coś, co nie pozwalało się sprzeciwić jej woli. Uśmiechnęła się do mnie pokazując rząd swoich białych zębów.
- Jasne, że tak. - Szepnęłam łagodnie.
Ona nie była niczemu winna. Za to jej ojciec tak. Spojrzałam na Charlesa stojącego niedaleko nas. Milczał, widocznie nie śpieszył się z żadnymi wyjaśnieniami. Dziewczynka pobiegła do ławki, gdzie zostawiła swoje zabawki i zajęła się pluszowym misiem.
- Powiesz w końcu prawdę? – Spytałam przysiadając na murku.
- Jestem okropnym ojcem. – Westchnął w odpowiedzi.
- Ocenię, jak mi opowiesz, o co w tym chodzi. – Założyłam ręce na piersi.
- Matka Blake zostawiła ją, kiedy tylko się urodziła. – Zaczął, pocierając kark dłonią. - Byłem wtedy młody, miałem tyle lat, co ty, a wiesz, że w tym wieku nie myśli się o wychowywaniu dziecka samemu. Skończyłem studia i chciałem się rozwijać. Moja matka zajmowała się nią dopóki jeszcze żyła. Zmarła dziesięć miesięcy temu.
- Ale jak to możliwe, że nie widziałam jej przez miesiąc ani razu? – Uniosłam w zdziwieniu brew.
- Powierzyłem ją w opiekę jej własnej matce. Mówiła, że się zmieniła. Kłamała. Nie miałem czasu, aby ją sprawdzać. Tydzień temu zadzwoniła do mnie kobieta z opieki społecznej i tak się tu znalazła.
Nastała długa chwila ciszy miedzy nami. Patrzyłam się na Blake, która bawiła się sama i nie zwracała na nas uwagi. Była niewinnym dzieckiem, które trafiło w nie odpowiednie ręce nieodpowiedzialnej matki i zajętego ojca.
- Jeśli mam być szczera, to jesteś beznadziejnym ojcem. - Powiedziałam szczerze po chwili. - Chociaż ja sama nie byłabym lepszą matką.

Na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech. Chcąc dać mu odrobinę otuchy przytuliłam go. Mogłam być zła na niego, ale to nic by nie pomogło. Mogłabym stracić kogoś, kto pomógłby mi w każdej chwili. A nie był to moment na tracenie kogoś bliskiego.

1 komentarz: